Strona:Wiktor Hugo - Katedra Notre-Dame w Paryżu T.II.djvu/473

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

południowej tam gdzie się ksiądz zatrzymał znajdowała się jedna z rynien kamiennych, fantastycznie rzeźbionych, któremi się jeżą gmachy gotyckie. Po nad wieżami w górze, w dalekiej głębi błękitów, ptactwo cienkiemi głosami odśpiewywało godzinki.
Ale ksiądz nic nie widział i nie słyszał. Należał do rzędu ludzi, dla których niema poranków, niema kwiatów, niema ptactwa.
Quasimoda paliła żądza spytania go co uczynił z cyganką, ale archidjakon zdawał się w tej chwili zapominać o świecie całym.
Z oczami wpartemi wciąż w jedno miejsce, pozostawał nieruchomy i milczący, a w tem milczeniu i w tej nieruchomości było coś tak okropnego, że zdziczały dzwonnik drżał wobec nich i zaczepiać ich nie śmiał. Na tyle go ledwo stało odwagi — a był to również jeden ze sposobów spytania archidjakona — że powiódł okiem w kierunku spojrzenia Klaudjusza i w ten sposób wzrok nieszczęśliwego garbuska padł na Plac Tracenia.
Ujrzał takiem prawem to, na co ksiądz patrzał. Drabina wznosiła się przy szubienicy stałej. Na placu znajdowała się gromadka gminu i masa wojska. Człowiek jakiś wlókł po bruku coś białego u czego uczepiło coś czarnego. Człowiek ów zatrzymał się u podnóża drabiny. Tu stał