Strona:Wiktor Hugo - Katedra Najświętszéj Panny Paryzkiéj.djvu/99

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

Tymczasem ani Esmeralda swego sztyleta nie rzucała, ani koza z pozycji obronnéj nie schodziła.
— Panno Esmeraldo — rzekł tedy poeta: — kapitulujmy. Nie jestem ci ja pisarz sądowy z kasztelu, i wcale na to nastawać nie będę, że z puginałem chodzisz po Paryżu, pod samym nosem rozkazów i zakazów jaśnie wielmożnego marszałka. Nie możesz wszakże nie wiedziéć, że Noel Leserivain skazanym został ośm dni temu na dziesięć soldów paryzkich kary za to, że się nosił z rożenkiem po ulicy. Owóż nie wglądam w sprawy nie moje; przystępuję do rzeczy. Przysięgam na wszystkich świętych i moje śród nich miejsce, że się nie będę zbliżał ku waszmościance bez jéj pozwolenia i zachęty; lecz proszę mi dać co zjeść.
Gringoire, w gruncie, jak i pan Despréaux, był „bardzo mało lubieżnym“. Nie należał on do owéj rasy rycerskiéj i muszkieterskiéj, co to szturmem dziewczęta bierze. W kwestyach miłości, tak samo jak i w każdéj innéj sprawie, chętniéj zawsze trzymał się on strony umiarkowania, ustępstw i półśrodków; a niezła wieczerza, z miłém Sam-na-sam, zdawało mu się, zwłaszcza gdy był głodnym, doskonałym antraktem między prologiem a rozwiązaniem przygody miłosnéj.
Cyganka nie odpowiedziała. Zrobiła tylko pogardliwą swą minkę, podniosła głowę jak ptaszę dziobek, i śmiechem parsknęła; ładny puginałek znikł równie szybko, jak się był znalazł, tak że Gringoire nie mógł widziéć, kędy pszczółka żądełko swe schowała.
Po niejakim czasie znalazł się na stole chleb żytni, kawałek słoniny, parę jabłek pieżastych i konewka podpiwka. Gringoire zabrał się do jedzenia z uniesieniem. Słysząc wściekłe szczękanie widełek jego żelaznych i fajansowego talerza, powiedziałbyś, że wszystka jego miłość w apetyt się nagle zmieniła.
Młode dziewczę, siedzące naprzeciw, w milczeniu spoglądało na to uwijanie się poety; inne ją, najwidoczniéj, zajmowały myśli, do których się uśmiechała kiedy niekiedy, gładząc jednocześnie pulchną rączką zmyślną główkę kozy, łagodnie przytulonéj do kolan swéj pani.
Świeczka z żółtego wosku oświecała tę scenę żarłoczności i marzeń.
Zaspokoiwszy atoli najgwałtowniejsze lamenty swego żołądka, Gringoire ze wstydem niejakim spostrzegł, że jedno już tylko jabłuszko zostało.
— Waszmościanka nie jesz, panno Esmeraldo — zagadnął.
Odpowiedziała poruszeniem głowy potwierdzającém spóźniony domysł poety i spojrzenie zamyślone powiodła ku sklepieniu komnatki,
— Czém-by się tam ona u djabła tak zajmowała? — myślał Grin-