Strona:Wiktor Hugo - Katedra Najświętszéj Panny Paryzkiéj.djvu/344

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

włosy prawie białe. Ksiądz pierwszy przerwał nareszcie milczenie, zapytując tonem spokojnym, ale chłodnym:
— Jak się miewasz, mości Piotrze?
— Na zdrowiu? — odrzekł Gringoire. — At! można-by o tém powiedzéć i tak i owak. Z tém wszystkiém całość trzyma się nie źle. Zanadto w niczém nie nadużywam. Wszak znasz, mistrzu, tajemnicę zdrowia wedle Hippokratesa, id est: cibi, potus, somni, venus, omnia moderata sint.
— Nie masz więc żadnych kłopotów, mistrzu Piotrze? — zagadnął archidyakon, wpatrując się weń mocniéj,
— Ot, dalibóg, chyba że nie.
— A cóż teraz porabiasz?
— Toż widzisz, mistrzu. Przypatruję się ścięciom tych kamieni i osadzie téj oto płaskorzeźby.
Ksiądz począł się uśmiechać, owym uśmiechem gorzkim, który ukazuje się na jednym tylko końcu warg.
— I to cię bawi?
— Ależ to raj! — zawołał Gringoire; zwracając się zaś ku rzeźbom z zachwyconym wyrazem człowieka objaśniającego zjawiska żywotne: — Alboż nie znajdujesz, mistrzu — mówił — że wyrób téj metamorfozy płasko-ciętnéj ma w sobie bezmiar zręczności, wycackania i cierpliwości? Spójrz na ten słupek. I gdzież, przy jakim naczółku widziałeś linie cieńsze i bardziéj dłutem wypieszczone? A oto trzy posążki Jana Maillevin. Nie są to wprawdzie najpiękniejsze dzieła wielkiego tego twórcy. Z tém wszystkiém prostota, słodycz twarzy, swoboda postawy i draperyi, oraz niewytłómaczony ów powab, wdzięk ów niewysłowiony, rozlewający się w samych nawet nadużyciach swawoli, czynią figurki wielce delikatnemi i wesołemi, za wiele może wesołemi. Uważałbyś, mistrzu, że to nie sprawia przyjemności?
— Owszem, owszem! — potwierdził ksiądz.
— A gdybyś zajrzał do wnętrza kościoła, mistrzu! — ciągnął poeta z zapałem rozgadanym. — Wszędzie rzeźby. Nastrzępione to, jak jądro kapusty. Wycinek chóralny jest z gatunku niezmiernie pobożnych i dziwnych; nie podobnego nie widziałem gdzie indziéj!
Klaudyusz przerwał mu:
— Jesteś więc szczęśliwym?
Gringoire odrzekł z zapałem:
— Na sumienie, tak jest! Kochałem najprzód kobiety, późniéj zwierzątka. Teraz kocham kamienie. Równie to przyjemne i miłe, jak zwierzątka i kobiety, a mniéj tylko przewrotne.
Ksiądz sięgnął ręką do czoła. Był to jego ruch zwykły.
— Doprawdy?