Strona:Wiktor Hugo - Katedra Najświętszéj Panny Paryzkiéj.djvu/331

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

się w jéj ucho i pamięć od najpierwszéj młodości, kiedy śpiewem tym do snu ją kołysano. Na widok szkaradnéj postaci nachodzącéj ją z nienacka w samym środku piosenki, młode dziewczę urwało z mimowolnym giestem przestrachu. Biedny dzwonnik złożył z wyrazem błagalnym grube bezkształtne swe dłonie.
— O, zaklinam cię! — wołał bolesnie — śpiewaj daléj i nie wypędzaj mię!
Nie chciała go zmartwić, i cała drżąca, wróciła do swéj ballady. Stopniowo jednak pierwsze wrażenie znikało, a dziewczyna dała się wkrótce unieść wpływowi nuty tęsknéj i szerokiéj, i śpiewała ze zwykłém ożywieniem i swobodą. Quasimodo stał ciągle ze złożonemi jak do modlitwy rękami, skupiony na uwadze, oddychający zaledwie, ze wzrokiem wlepionym w roziskrzone źrenice cyganki. Możnaby było powiedziéć, że z oczu jéj pieśń słyszał.
Kiedy indziéj znowu podchodził ku niéj z wyrazem nieśmiałości, z zakłopotaniem niezmierném.
— Proszę pani — powiadał z wysiłkiem — mam ci coś do powiedzenia. — A na znak dziewczyny że go słucha, zaczynał wzdychać, ruszał wargami, zdawał się być gotowym do mówienia, poczém raz jeszcze spojrzawszy na nią, czynił wzbraniający giest głową, i odchodził krokiem chwiejnym, z czołem w dłoniach ukrytém, zostawiające dziewczynę w osłupieniu.
W liczbie figur dziwacznych wykutych w murze, z jedną szczególniéj zostawał w zażyłości blizkiéj; zdawał się nawet wymieniać z nią niekiedy spojrzenia braterskie. Jednego razu posłyszała cyganka, jak się do posągu odezwał:
— O! czemuż nie jestem jak ty z kamienia!
Nareszcie, pewnego dnia z rana, Esmeralda postąpiwszy na krawędź dachu, przyglądała się placowi po nad ostrym szczytem Świętego Jana-Okrąglaka. Quasimodo znajdował się tuż, zaraz za nią. Umyślnie wybierał takie dla siebie pozycye, by o ile można nie narażać młodéj dziewczyny na przykre z sobą spotkanie. Nagle cyganka drgnęła, łza i błyskawica trysły jéj jednocześnie z oczu, uklękła na samym skraju dachu, i wyciągnąwszy jakby w ciężkiém utrapieniu ręce w stronę placu, zawołała:
— Phoebus! — Głos jéj drżał, jak do pęknięcia naciągniona struna — Phoebus! mój Phoebus! — wołała — tu! chodź tu! słówko, jedno tylko słówko! na pamięć matki! Phoebusie! — Twarz jéj, ruchy, cała jéj postać miały rozdzierający wyraz rozbitka, który z tonącéj swéj łodzi poséła błagalne znaki trwogi i rozpaczy wesołemu statkowi, szybującemu w dali na widnokręgu pod jasném promieniem słońca.
Quasimodo wychylił się ku placowi, i ujrzał, że przedmiotem czu-