Strona:Wiktor Hugo - Katedra Najświętszéj Panny Paryzkiéj.djvu/302

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

— Jak się nazywa czarownica?
— Nie wiem — odrzekła panienka.
— A cóż mówią o jéj zbrodni?
— Nie wiem.
— O Panie Jezu Chryste! — wtrąciła matka — tylu dziś mamy czarowników, że jak mniemam, palą ich, nie turbując się nawet o nazwiska. Pytajcie raczéj każdego obłoczka jak się nazywa. Bądź co bądź, przynajmniéj spokojnie będzie na świecie...
Czcigodna matrona, powiedziawszy to, wstała z westchnieniem i podeszła ku oknu.
— Panie Boże! — powiedziała — a masz racyę, Phoebusie. Toż mi zbiegowisko motłochu!... Wszelki duch Pana Boga chwali! aż na dachy powłazili. Czy wiesz, Phoebusie? to mi przypomina najpiękniejsze chwile życia. Wjazd króla Karola VII, kiedy ludu było również huk... Nie pamiętam już roku. Gdy o tém mówię, nieprawdaż, że wam się to wydaje czémś niezmiernie starém? dla mnie jest to młodziutkie... O, lud był wtedy bez porównania dzielniejszy. A miałeś go po uszy nawet w strzelnicznych otworach bramy Ś-go Antoniego. Król jechał na czele, z królową przed sobą na siodle. Za rodziną królewską postępowały inne panie, tak samo na siodłach przed panami i rycerstwem. Przypominam sobie, jak się to śmiano, że tuż przy Amanyonie panu na Garlande, który był ot taki malutki, znajdował się pan Matefelon, rycerz olbrzymiego wzrostu, co to kupami całemi zmiatał Anglików. Ach jak to było ładnie. Cała szlachta królestwa szeregiem jednym wyciągnięta, pan za panem, każdy ze swoim sztandarem! Jedni mieli tarcze, drudzy proporce. Ktoby dziś zliczył! Pan na Calan z chorągwią; Jan z Chateaumorant z tarczą; pan na Concy z chorągwią, a dworno i hucznie jak nikt, księcia burbońskiego wyjąwszy... Smutno, niestety pomyśléć, że wszystko to było niegdyś, i znikło!
Zakochani nie słyszeli bolesnego tego zakończenia czcigodnéj wdowy. Phoebus zaraz w początkach opowiadania wrócił oprzéć się o poręcz krzesła narzeczonéj, na stanowisko pociągające w rzeczy saméj, z niego to bowiem swawolny wzrok rotmistrza zapuszczać się mógł w zagięcia stanika Lilijki. Stanik zaś ów tak jakoś w porę odkaszliwał i poziewał, pozwalając dojrzéć tyle rzeczy rozkosznych, a tyle innych się domyślać, że Phoebus olśniony atłasowemi odblaskami cery téj alabastrowo-białéj, nie mógł się wstrzymać od uwagi, którą zresztą, oddajmy mu tę sprawiedliwość, w duchu jeno sobie uczynił: „Jakże tu, do pioruna, kochać co innego jak blondynki!“ Oboje zachowywali milczenie. Ładna panienka podnosiła nań tylko od czasu do czasu oczęta swe słodkie i zachwycone, a on z uwielbieniem coraz bliżéj się przypatrywał maleńkiemu kontrastowi swych włosów z włosami narzeczonéj, kontrastowi, który promień wiosenne-