Strona:Wiktor Hugo - Katedra Najświętszéj Panny Paryzkiéj.djvu/278

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

— Od dwu-soszniczka — powiedział wreszcie.
Nieboraczka tak głęboko uczuła się być opuszczoną od Boga i ludzi, że głowa jéj opadła na pierś jako coś martwego, nie posiadającego żadnéj już w sobie siły.
Dręczyciel i lekarz zbliżyli się do niéj jednocześnie. Dwaj zaś pachołkowie zabrali się natychmiast do szperania w ohydnéj zbrojowni. Na oddźwięk okrutnego żelaztwa, nieszczęśliwe dziécię drgnęło, jako ciało martwe pod iskrą bateryi galwanicznéj. — „O! — zaszemrała tak cicho, że nikt jéj nie posłyszał — o mój Phoebusie!“ Poczém znów zapadła w nieruchomość i milczenie marmurowe. Widok ten przeszyłby każde niezawodnie serce, oprócz serc sędziów. Gotów byłeś myśléć, że tu szatani nie ludzie zabrali się do badania duszy grzesznéj, śród łunami zasnutéj przedsieni piekieł. I nędzném tém ciałem, rzuconém na bezecne a przerażające mrowisko pił, kół, kabłęków, wrzecion, istotą ową ciśniętą na pastwę twardéj pieszczoty katów i obcęgów, któż był? oto stworzenie słabe, drobne, kruche, ziarnko prosa ledwo dojrzalne śród świata, dane przez sprawiedliwość ludzką do zmełcia straszliwym żarnom tortury.
Tymczasem żylaste ręce pomocników Pierrata Torterue obnażyły już brutalnie, skostniałą obecnie, śliczniutką i pulchniutką do niedawna stopę cyganki, która tylekroć zachwycała swą zgrabnością i wprawą przybyszów przechodnich i mieszczan paryzkich po wszystkich placach stolicy.
— Szkoda! — zauważył dręczyciel przysięgły, przypatrując się kształtom nóżki, tak wdzięcznym, wytwornym i delikatnym.
Gdyby archidyakon był temu obecny, przypomniałby sobie w téj chwili niechybnie parabolę swą o pająku i musze. Nieszczęśliwa ujrzała bowiem niebawem, skróś mgły wzrok jéj zasłaniajacéj, zbliżający się dwu-sosznik morderczy, ujrzała jak stopa jéj, ujęta w grube blachy żelazne, znikła pod okryciem potwornego narzędzia. Wtedy trwoga wróciła jéj siły.
— Zdejmcie mi to! — wrzasła z uniesieniem rozpaczy; a zerwawszy się, wyprężona, z włosami rozczochranemi: — Łaski! Łaski! — zawołała!
Wyskoczyła z łoża, by się rzucić do nóg prokuratora królewskiego, ale jéj stopa ujętą była w ciężki kloc z drzewa i żelaza. Osunęła się na dwu-sosznik, bardziéj złamana, bardziéj przygnieciona od pszczoły, na któréjby skrzydłach ołów zaciążył.
Na skinienie prokuratora osadzono ją znów na łożu, a dwoje rąk grubych otoczyły stanik jéj cienki rzemieniem, uwiązanym do sklepiennego haka.
— Po raz ostatni, panienko, czy się przyznajesz do dzieł i sprawek