Strona:Wiktor Hugo - Katedra Najświętszéj Panny Paryzkiéj.djvu/26

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

Nowém-Mieście, jest misteryum, jest król trefnisiów; są ambasadorowie flamandzcy w Starym Grodzie, a we Wszechnicy ani ni!
— A plac Maubert dość przecież wielki! — zauważył jeden z aplikantów, umieszczony na zastawie okienicznéj.
— Precz z rektorem, elektorami i prokuratorami! — krzyknął Jehan.
— To nie... urządzimy sobie tego wieczora illuminacyą na Champ-Gaillard — dodał inny — illuminacyą z książek mistrza Jędrzeja...
— I ze stolików pisarków!
— I z lasek bedelów!
— I ze spluwaczek dziekanów!
— I ze skrzynek elektorów!
— I ze stołków rektora!
— Precz, precz! — jął znowu mały Jehan jak szerszeń — precz z mistrzem Jędrzejem, bedelami i gryzipiórkami; precz z teologami, medykami i dekretnikami; precz z prokuratorami, elektorami i rektorami!
— A toż to skończenie świata! — mówił mistrz Jędrzéj, zatykając uszy.
— O wilku mowa, a wilk tuż... Oto i rektor; przechodzi przez plac!... — krzyknął jakiś pauper z okna.
Wszyscy zwrócili się w stronę placu.
— Czy to doprawdy czcigodny rektor mistrz Thibaut? — zagadnął Jehan Frollo du Moulin, który uczepiony u jednéj z kolumn wewnętrznych, nie mógł widziéć co się działo na zewnątrz.
— Tak jest, tak, — odpowiedzieli chórem inni; — to on sam, mistrz Thibaut rektor.
Był to w rzeczy saméj rektor; otoczony wszystkimi dygnitarzami uniwersytetu, udawał się ceremonialnie na spotkanie ambasady; w téj chwili naukowa ta processya przeciągała właśnie przez place trybunalski. Żaki skupieni w oknach przyjęli ją śmiechem i oklaskami najgrawania. Rektor postępujący na czele swego oddziału zniósł pierwsze natarcie, a nie było lekkiém.
— Dzień dobry, mości rektorze!... Hola, cóż-to? zagłuchł jegomość? dzień dobry, powiadam!
— Jakiém-że prawem u Boga Ojca stary szuler zadarł się tutaj? azaliżby rzucił grę w kostki!
— Patrzcie, jak mulica cwałuje pod nim! krótsze ma uszy niż pan!
— Hej-że! Dzień dobry ci, rektorze Thibaut! Tibalde aleator! głupcze stary! stary karciarzu!
— Pomagaj Boże! a dużoś miał szóstek podwójnych téj nocy?
— Ależ morda obwisła! ołowiana, zmęczona, zbita nałogowém zamiłowaniem kart i kości...