Strona:Wiktor Hugo - Katedra Najświętszéj Panny Paryzkiéj.djvu/227

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

doszła jeszcze do tego stopnia rozwoju, iżby się godziło chodzić golcem, jak tego chciał starożytny Dyogenes. Trzeba dodać, że na dworze wiatr dął straszliwie; trudnoż było w miesiącu styczniu zaczynać podobną dla ludzkości zbawczą reformę. Znalazł się oto kaftan, wziąłem go, pożegnawszy starą czarną kapotkę, która dla hermetyka jak ja nie zapinała się już dość hermetycznie. I oto w jaki sposób przywdziałem strój kuglarza, jak Św. Genest. Cóż chcesz, mistrzu? stało się zaćmienie. Toż i Apollo wlazłszy między wrony...
— Slicznym trudnisz się przemysłem! — przerwał archidyakon — Nie ma co mówić.
— Przyznaję, mistrzu, że lepiéj filozofować i poetyzować, rozdmuchiwać ogień w pięciu, lub otrzymywać takowy z nieba, niźli obnosić koty po ulicach. Dlatego téż, skoroś przemówił do mnie, zgłupiałem jak osioł przed rożnem kuchennym. Ale co robić, mistrzu? żyć trzeba, a najpiękniejsze wiersze aleksandryjskie nie zastąpią w gębie kawałka normandzkiego séra. Napisałem na cześć Jéj królewiczowskiéj mości Małgorzaty Flamandzkiéj sławne owo znane ci misteryum; cóż kiedy miasto nie płaci mi pod pozorem, że sztuka nie jest dość znakomitą, jak gdyby to można było za cztery czerwone złote dać tragedyę Sofoklesa. Miałem więc umrzéć z głodu. Na moje szczęście spostrzegłem się, że mam wcale mocne szczęki; rzekłem więc do nich na pół już tylko po łacinie: „Pokazujcie sztuki, uczcie się równowagi sił; karmcie same siebie. Ale te ipsam.“ Zawiązałem przyjazne stosunki z bandą żebraków i włóczęgów, którzy nauczyli mię rozmaitych herkulesowych figlów, i oto obecnie co wieczór daję zębom chléb, zarobiony przez nie w dzień w pocie czoła. Z tém wszystkiém, concedo, zgadzam się, że najhaniebniejszy użytek robię ze swych władz umysłowych; człowiek bowiem nie dlatego się rodził, by przez całe życie bił w bęben i kąsał stołki. Ale, wielebny mistrzu, nie dosyć życie pędzić, trzeba na nie zarobić!
Archidyakon słuchał w milczeniu. Nagle zapadłe jego oczy przybrały wyraz tak koląco przenikliwy, że Gringoire uczuł się jakby przeszytym do głębi duszy.
— Bardzo dobrze, mości Piotrze — zawołał — ale dlaczegóż teraz chodzisz w towarzystwie téj tancerki cygańskiéj?
— Rzecz prosta! — odrzekł Gringoire; — dla tego, że ona jest moją żoną, a ja jéj mężem.
Ponury wzrok księdza ogniem się zapalił.
— Miałżebyś to uczynić, nędzniku? — krzyknął, chwytając gwałtownie Gringoire’a za ramię. — Czyliż Bóg tak cię już opuścił, żeś się odważył sięgnąć po tę dziewczynę?
— Przysięgam, wielebny ojcze, na moją cząstkę raju — odparł