Strona:Wiktor Hugo - Katedra Najświętszéj Panny Paryzkiéj.djvu/219

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

ną, niż na placu publicznym. Była to pochodnia, którą ze światła dziennego przeniesiono w cień. Wielmożne panny pomimo woli zostały olśnione. Każda uczuła się, jakby ranną na swéj urodzie. To téż natychmiast, ani jednego słówka pomiędzy sobą nie zamieniwszy, odwróciły dotychczasowy szyk bojowy (niech nam czytelnicy przebaczą to wyrażenie). Doskonale i od razu się zrozumiały. Instynkta niewieście pojmują się i odpowiadają sobie prędzéj, niż rozumy męzkie. Spotykały wroga i wszystkie go czuły, wszystkie się łączyły. Dość jednéj kropli wina do zabarwienia szklanki wody; dla nadania pewnego nastroju zgromadzeniu kobiet ładnych, dość przybycia kobiety ładniejszéj... szczególnie, jeżeli w ich gronie znajduje się jeden tylko mężczyzna.
To téż przyjęcie, jakiego doznała cyganka, było nadzwyczaj zimne. Zmierzyły ją z góry, następnie spojrzały na siebie i postanowienie zapadło: były gotowe. Tymczasem młoda dziewczyna czekała aż do niéj przemówią, a tak była wzruszoną, że nie ośmielała się podnieść powiek.
Kapitan pierwszy przerwał milczenie:
— Na honor — rzekł tonem zuchwałego lekceważenia — śliczne stworzenie! Jak sądzisz, piękna kuzynko?
Ta uwaga, którą delikatniejszy wielbiciel uczyniłby przynajmniéj po cichu, nie mogła oczywiście zażegnać zawiści kobiet, stojących. już na czatach przed cyganką.
Lilia odpowiedziała kapitanowi ze słodko kwaśnym wyrazem pogardy:
— Nie brzydka.
Inne szeptały.
Dopiéro pani Aloiza, mniéj zazdrosna, boć przecie chodziło tu o jéj córkę, odezwała się do cyganki:
— Zbliż się, mała.
— Zbliż się, mała! — powtórzyła Beranżera z powagą komiczną, gdyż nie sięgała głową wyżéj stanika nowo przybyłéj.
Cyganka postąpiła ku szlachetnéj matronie.
— Śliczne dziecię — rzekł z napuszeniem Phoebus, czyniąc także ze swój strony kilka kroków ku dziewczynie — nie wiem, ażali mam to niezmierne szczęście być poznanym przez ciebie...
— O! tak! — przerwała cyganka.
— Ma dobrą pamięć — zauważyła Lilia.
— Bo téż — mówił daléj Phoebus — zbyt prędko uciekłaś tamtego wieczora. Czy się mię lękasz?
— O! nie! — odparła.
W tonie, jakim to: o! nie! zostało wymówione po: o! tak, było coś niewysłowionego, co zadrasnęło Lilię.