Strona:Wiktor Hugo - Katedra Najświętszéj Panny Paryzkiéj.djvu/216

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

— Piękne tkaniny, zaprawdę. Robota tak ceniona, że uchodzi, za nadzwyczajną!
W téj chwili Beranżera de Champchevrier, wysmukła siedmioletnia dziewczynka, która patrzała na plac z balkonu, zawołała:
— Oj! piękna matko chrzestna, Lilio! Patrz, jaka śliczna tancerka tańczy na bruku i bije w bęben śród tłumu.
W saméj rzeczy, dźwięczne burczenie góralskiego bębna dolatywało do pokoju.
— Zapewne jakaś cyganka — rzekła Lilia, zwracając niedbale głowę w stronę placu.
— Zobaczmy! zobaczmy! — zawołały żywo jéj towarzyszki, i wszystkie pobiegły na skraj balkonu, podczas gdy Lilia zamyślona nad oziębłością swego narzeczonego, postępowała za niemi powoli, a kapitan, uradowany zdarzeniem kładącém koniec kłopotliwéj rozmowie, wracał w głąb komnaty z wyrazem zadowolenia na twarzy, jak żołnierz zlózowany po odbytéj służbie. Służba jednak przy pięknéj Lilii była przyjemną, i taką téż mu się dawniéj wydawała; ale czas zepsuł kapitana; myśl blizkiego ślubu ochładzała go z każdym dniem bardziéj. Zresztą miał charakter niestały i, mamyż powiedziéć? smak trochę pospolity. Chociaż bardzo szlachetnie urodzony, pod zbroją nabył przecież wiele zwyczajów żołnierskich. Lubił oberżę i jéj dodatki, był swobodny tylko pośród grubych dowcipków, wojskowych umizgów, łatwych piękności i łatwych zwycięztw. Wyniósł z rodzinnego domu pewne wykształcenie i niektóre jego polory, lecz w zbyt młodym wieku zaczął harcować po kraju, zbyt wcześnie poznał życie obozowe, by szlachecki połysk nie zszargał się pod codzienném tarciem twardego żołnierskiego temblaka. Nie przestając przez resztę uszanowania, odwiedzać od czasu do czasu Lilii, czuł się u niéj podwójnie krępowanym: najprzód dlatego, że roztrwoniwszy zapał młodzieńczy na miłość po wszelkiego rodzaju kątach, mało dla niéj przy sobie zostawił rzetelnego uczucia; następnie dla tego, że w gronie tak pięknych dam, sztywnych, oszpilkowanych i przyzwoitych, drżał wciąż z bojaźni, aby jego usta, przyzwyczajone do krzyków żołnierskich, nie wypowiedziały mu nagle posłuszeństwa i nie palnęły karczemnego jakiego zaklęcia. Proszę sobie wyobrazić, jakieby to przyjemne sprawiło wrażenie!
Zresztą, wszystko to razem łączyło się w nim z wielkiemi uroszczeniami do wykwintu, stroju i okazałéj postawy. Niech czytelnik pogodzi sprzeczności owe jak mu się podoba. Jestem tylko dziejopisarzem.
Już od kilku chwil stał tedy kapitan zamyślony, lub téż wcale bez myśli, oparty w milczeniu o rzeźby komina, gdy wtém Lilia, zwracając