Strona:Wiktor Hugo - Katedra Najświętszéj Panny Paryzkiéj.djvu/198

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

— Vesle — odpowiedziała z westchnieniem Mahietta — to rzeka.
— Biedna Perełka! — wymówiła Oudarda ze drżeniem — utopiła się.
— Tak, utonęła! — powtórzyła Mahietta; — i któżby to mógł powiedziéć ojcu Guybertaut’owi, kiedy przyśpiewując sobie przepływał w czółnie pod mostem Tinqueux, że przyjdzie dzień, w którym jego kochana mała Perełka przepłynie także pod tym samym mostem, ale bez czółna i bez pieśni?
— A mały trzewiczek? — zapytała Gerwaza.
— Znikł razem z matką.
— Biedny mały trzewiczek! — westchnęła Oudarda.
Oudarda, tłusta i czuła kobiecina, poprzestałaby chętnie na wzdychaniu w towarzystwie Mahietty; lecz ciekawsza od niéj Gerwaza nie wyczerpała jeszcze wszystkich swoich pytań.
— A potwór? — odezwała się nagle do Mahietty.
— Jaki potwór?
— Mały potwór cygański, który czarownice zostawiły u Perełki w zamian za jéj córkę. Moście z nim zrobiły? Spodziewam się, że utopiłyście go także.
— Bynajmniéj — odrzekła Mahietta.
— Jakto! więc spaliłyście? Może to nawet było słuszniejsze. Dziecko czarownicy!
— Ani to, ani owo, Gerwazo. Arcybiskup ulitował się nad dzieckiem cyganki, wyegzorcyzmował je, pokropił święconą wodą, wypędził starannie djabła z jego ciała i posłał do Paryża z rozkazem wystawienia go na ławie przy kościele Najświętszéj Panny, jako podrzutka.
— Oj, ci biskupi! — mruknęła Gerwaza. — Pod pretekstem że są uczeni, wszystko robią nie tak jak inni. No pytam cię, Oudardo, jakże można poséłać djabła do domu podrzutków? bo nie ma wątpliwości, że mały ten potwór był djabłem. I cóż, Mahietto, co z nim zrobiono w Paryżu? Jestem przekonaną, że żadna osoba miłosierna wziąć go nie chciała.
— Nie wiem — odrzekła Mahietta — właśnie w tym czasie mój mąż kupił notaryuszostwo w Beru, o dwie mile od miasta i więcéj już nie zajmowaliśmy się tą sprawą; straciłam z oczu nawet wieże katedry Reimskiéj, które się schowały za dwa pagórki Cernay znajdujące się przed Beru.
Tak rozprawiając, trzy poczciwe mieszczanki przyszły na Plac-Tracenia. Zajęte rozmową, minęły nie zatrzymując się brewiarz publiczny Wieży Rolandowéj, i kierowały się machinalnie ku pręgierzowi, około którego tłum się powiększał co chwila. Prawdopodobnie widok, jaki w téj chwili zajmował oczy całego tłumu, odwróciłby zupełnie ich