Strona:Wiktor Hugo - Katedra Najświętszéj Panny Paryzkiéj.djvu/158

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

— Są pewne rzeczy, o których sądzę w sposób pewien...
Coictier poczerwieniał z gniewu.
— No, no — odezwał się sodalis Tourangeau — nie unośmy-że się. Jego miłość, archidyakon, naszym jest przyjacielem.
Coictier się uspokoił, mruknąwszy półgłosem:
— Zresztą, to szaleniec!
— Do kaduka — począł sodalis Tourangeau do archidyakona po niejakiém milczeniu — nie trafiacie jakoś w chęć moją. Zamierzałbym prosić was o dwa posłuchania, jedno w przedmiocie zdrowia, drugie w przedmiocie mój gwiazdy.
— Miłościwy panie — odrzekł archidyakon — jeśli taką jest myśl wasza, równie dobrze byłoby się stało, gdybyście się byli nie męczyli po moich schodach. Nie wierzę w medycynę. Nie wierzę w astrologię.
— Na prawdę? — zawołał sodalis zdziwiony.
Coietier śmiał się śmiechem przymuszonym.
— Widzisz, wasza mość teraz — mówił z cicha do Tourangeau — widzisz, że to istny waryat. I w astrologię nie wierzy.
— Bo téż — kończył Klaudyusz — niech-że mi kto będzie mądry i wyobrazi sobie coś w rodzaju tego, że każdy promień gwiazdy jest nitką, która się wiąże z głową człowieka!
— To więc w cóż nareszcie wierzycie! — zawołał sodalis Tourangeau.
Archidyakon zawahał się sekundę jednę, poczém pozwolił przemknąć po swych ustach uśmiechowi, który jakby kłam zadawał odpowiedzi jego:
Credo in Deum.
Dominum nostrum — dodał sodalis, kładąc na piersi znak Krzyża Świętego.
Amen — rzekł Coictier.
— Przezacny mistrzu — począł sodalis — błogo mi na sercu, że was widzę przy tak mocnéj świętobliwości. Wszelakoż, wielkim takim uczonym będące, azaliżbyście do tego w końcu doszli, że w naukę nie wierzycie?
— Nie! — powiedział archidyakon, chwytając za ramię sodalisa Tourangeau, iskra zapału rozświeciła szarą jego źrenicę. — Nie, nauce nie urągam, nauki nie odrzucam! Jeżelim pełzał tak długo po ziemi i z pazurami w nią wpuszczonemi śród nieprzeliczonych skrętów jaskini, to nie bez tego, bym zdala, przed sobą, u końca lochu nie spostrzegał światła, płomienia, czegoś, najpewniéj odbłysku oślepiającéj téj pracowni środkowéj, gdzie cierpliwi i mędrcy Wszechmoc oglądają...
— Ostatecznie — przerwał Tourangeau — na czém zasadzić pewność i prawdę? w czém je upatrujecie?