Strona:Wiktor Hugo - Katedra Najświętszéj Panny Paryzkiéj.djvu/150

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

w dwóch owych piwnicach, których belki ostrogowe zasiane były wierszami i hieroglifami bez liku, skreślonemi ręką samego Flamela. Przypuszczano, że Flamel zakopał był przed laty w tych piwnicach kamień filozoficzny; i hermetycy w ciągu dwóch wieków, od Magistrina do ojca Pacifika, nie przestawali męczyć zaklętéj téj gleby, aż dopóki dom tak niemiłosiernie strzeżony i pokiereszowany, w pył się nie rozleciał pod ich stopami.
Pewném jest również, że archidyakon nie umiał się obronić szezególnéj jakiejś namiętności do symbolicznych odedrzwi katedralnego kościoła, do czarnoksięzkiéj owej karty, wyrytéj na kamieniu przez biskupa Wilhelma paryzkiego, który téż bez wątpienia i potępiony został, że tak piekielny ustęp zamięszał do poematu wiekuiście śpiewanego przez resztę gmachu. Arehidyakon Klaudyusz — jak utrzymywano — miał obok tego zbadać i zgłębić kolosów. Krzysztofa, ów wysoki, zagadkowy posąg, wznoszący się wówczas przy wejściu do babińca, a lekceważąco zwany przez pospólstwo Starym jegomościem. Ale co najbardziéj wszystkich zastanawiało, to właśnie nieskończone owe godziny, jakie Frollo tak często pędził, siedząc na progu babińca, przed rzeżbami odedrzwi, w rozmarzonych zachwytach to nad dziewicami nieroztropnemi i ich przewróconemi lampami, to nad dziewicami mądremi, czujnie i prosto trzymającemi lampy swe w ręku. Inną jeszcze razą z przerażeniem spoglądano na archidyakona, gdy w myślach obliczał kąt spojrzenia tego oto kruka, który umieszczon u lewego frontowego wejścia do katedry, mierzył w tajemnicy pewien punkt jej wnętrza, gdzie niewątpliwie schowany był kamień filozoficzny, jeśli już go nie było w piwnicach Flamela. Mówiąc nawiasowo, szczególne to było przeznaczenie Katedry Najświętszéj Panny z owych czasów, że ją tak silnie a jednocześnie, choć ze względów różnych, kochały dwie istoty do tyla niepodobne do siebie: Klaudyusz i Quasimodo. Kochał ją jeden, gatunek pół-człowieka dzikiego i instynktowego, dla jéj piękna, dla jéj postawy, dla harmonijnych wdzięków wydobywających się z przepysznéj jéj całości; kochał ją drugi, dusza namiętna, wypracowana a rozbujała, dla jéj znaczenia, dla jéj mitologii, dla symbolu rozwiniętego pod frontową rzeźbą, jako pismo niewyraźne, przemazane na tablicy marmurowéj pod pismem powtórnie skreśloném; słowem, kochał ją ten drugi dla zagadek, wiecznie przez nią umysłowi stawianych.
Pewném jest nakoniec, że archidyakon przykuł się, zrósł się prawie z pewną maleńką, tajemniczą celką, do któréj, jak zapewniano, nikt a nikt, sam biskup nawet, nie mógł wchodzić bez jego upoważnienia, a która się mieściła w jednéj z dwóch wież katedralnych, téj miamowicie, co wychodziła na plac tracenia, czyli grevski. Celkę ową kazał niegdyś wykuć u samego prawie szczytu wieży, śród gniazd