Strona:Walery Łoziński - Zaklęty Dwór.djvu/27

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


pilśniowy kapelusz z szerokiemi kresami i czerwonym sznurkiem dokoła.
— Pal go djabli, to jakiś prawdziwy klucznik czartowski! — wyszepnął nasz nieznajomy wędrowiec, który, jak się spodziewać można, w jednej chwili obejrzał go ciekawie od stóp do głowy, a ochłonąwszy z pierwszego swego, pomimowolnego jakiegoś wrażenia, posunął się o krok naprzód ku nowoprzybyłemu.
Z reszty obecnych nikt nie śmiał ani spojrzeć na strasznego olbrzyma, tylko ów maziarz co tak głośno do niedawna rej wodził między ryczychowską gromadą a całej rozmowie o zaklętym dworze w obojętnym przysłuchiwał się milczeniu, porwał się nagle z swego siedzenia, a jakiś zagadkowy wyraz ciekawości i niespokoju przemknął mu po twarzy.
— Jak się macie, Kostiu! — ozwał się poufale — wracając z Sambora!
Kost’ kiwnął głową na znak potwierdzenia.
— Ale nie potrzebujecie też mazi? — pytał maziarz dalej a oczy jego jakieś osobliwsze wyrażały oczekiwanie.
— Nie, nie wyszła mi jeszcze dawniejsza — odpowiedział obojętnie klucznik, i obrócił się ku szynkwasowi.
W tej chwili jednak wydawało się naszemu nieznajomemu wędrowcowi, który stojąc w pobliżu śledził z uwagą każde poruszenie starego klucznika, że ten jakiś dziwny zagadkowy znak zrobił nagle maziarzowi.
Nieznajomy obrócił się szybko ku maziarzowi i spotkał się z nim oko w oko. I teraz dopiero uderzy-