Strona:Wacław Sieroszewski - Na daleki wschód - kartki z podróży.djvu/251

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

szybkość biegu, ile sprawność i moc maszyny, wciąż zmieniającej tempo pracy i często gwałtownie szarpanej tam i napowrót.
W godzinę po wyruszeniu już byliśmy w otwartem morzu i płynęliśmy wprost na wschód, gdzie z bladych fal w złotym rozświcie wynurzała się krawędź słońca, jak wzgórek pupurowego żarzewia. Chwilę jeszcze, i ogromna ognista kula, podbita przez refrakcyę, odskoczyła od widnokręgu, jak piłka, błysła i rozsypała płachtę złotych iskier na majestatycznie kołyszących się wodach.
Dokoła latały białe czajki o załamanych skrzydłach, czarna ostrodzioba wrona morska przyciągnęła wysoko od morza ku opuszczonemu przez nas lądowi.
W prawo o parę stajań płynął drugi parowiec wielorybniczy, należący od tego samego Towarzystwa, a na widnokręgu mgliły się lekkie obłoczki dymu z „norweżczyków“, którzy przez noc drejfowali w morzu, a teraz już polowali.
Niezadługo byliśmy w tem samem miejscu, gdzie wczoraj zabiliśmy wielkiego pręgowanego wieloryba.
— Wytrysk — wyrzekł spokojnie gruby sternik, Łotysz nadbałtycki.
— Gdzie?