Strona:Wacław Sieroszewski - Kulisi.djvu/57

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.
    —   57   —

    książki, wydatki, obliczenia i ich umowę, z której kulis tylko tyle zrozumiał, iż sprzedali się w niewolę wieczystą.
    W pewnem mieście do dzielnicy ich wpadła tłuszcza uzbrojonych białych robotników i wyrznęła wszystkich, co nie zdążyli się schować lub uciec... Przyszły wojska, i biali walczyli z białymi, ale żółtych zginęło najwięcej.
    Wkrótce potem popędzono ich nad morze, posadzono znowu na okręty i powieziono na zachód.
    — Do ojczyzny, do Środkowego Państwa, do Państwa Kwiatów... — rozeszła się pogłoska.
    Zapomnieli wszystko i przebaczyli wszystko. Wspominali tylko wypadki dobre, opowiadali tylko wypadki wzruszające... Nawet biali wydali im się przyjaciółmi, gdyż wieźli ich do tego słonecznego kraju, do ich kraju, gdzie nawet w krańcowej nędzy i poniżeniu oni czuli się ludźmi...
    Istotnie po długiej podróży mijali Chiny. Serca powiedziały im o bliskości ich, odgadli je po ciepłych wilgotnych powiewach, po tęsknym niepokoju myśli. Ciężkie «dżonki» z ciemnemi żaglami i wysoko zadartemi uciętemi dziobami, spotykane na morzu, utrwaliły ich w domysłach. Wreszcie zamglił się woddali brzeg płaski i błotnisty. Parowiec skierował się do ujścia szerokiej Jan-tzy. Flotylla łódeczek otoczyła okręt, i miłe dźwięki mowy ojczystej obiły się o uszy wiezionych pod pokładem «Synów Podniebia».
    — Nasi!... Czarnogłowi!... — krzyczeli wzburzeni i cisnęli się do otworów. Zamki, kraty zostały