Strona:Wacław Sieroszewski - Kulisi.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   44   —

Nie naciągajcie zbyt zepsutego łuku!... Kto wie, co się stanie, skoro ocknie się cudzoziemiec?! On umie się gniewać, jak jeden z siedmiu tysięcy podziemnych demonów. Bierzcie 50 sapeków (10 groszy) i uciekajcie! 50 sapeków są znaczną sumą w tych ciężkich czasach, i lękam się, że stracę... Nieprędko zarobicie taką moc pieniędzy...
— Daj... dwieście! — odpowiedział po namyśle Ju-lań.
— Dwieście?... Czy zmysły straciłeś? Skąd wezmę taką górę pieniędzy. Ale kiedy mam tracić, niech stracę: oto 75 sapeków... leżą tutaj... widzicie! — dodał, kładąc przed braćmi wiązkę monety.
Poczekał chwilę. Bracia nie ruszali się, więc odszedł, kiwając głową.
— Cóż, bracie, weźmiemy? — spytał Szan-si.
— Mało! — odrzekł chmurnie Ju-lań. — Należy się nam co najmniej pięset.

— Mało, ale zawsze lepiej, niż zupełnie nic. A stary oszust nie da więcej. Źle zrobiliśmy, żeśmy nie umówili się dokładnie. Ale wyznaję, bałem się mówić o tem wówczas, żeby nie stracić miejsca. Weźmy te pieniądze, skorzystajmy z doświadczenia i poszukajmy lepszej roboty. Nie warto być tragarzami. Tragarze nie robią oszczędności. My nic nie zbierzemy i nigdy nie wrócimy do naszego słodkiego Tun-guania. Wiesz, bracie, jakie jabym wolał zajęcie? Wolałbym zajęcie na fanzie[1] lub na wsi. Kopałbym ziemię chętnie od wschodu do

  1. Fanza, chata chińska.