Strona:Wacław Sieroszewski - Kulisi.djvu/41

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   41   —

wam zapłacił? — pytali, kiwając ze współczuciem głowami.
— Nie zapłacił.
— Źle... Czy nie napijecie się z nami herbaty?! Siły wasze wyczerpały się do dna!... Zdaleka pewnie idziecie?!
Bracia chciwie łykali gorący, ożywczy napój i opowiadali o swych przygodach. Słuchano ich życzliwie i uważnie.
— Rozumie się, że przedsiębiorca powinien wam zapłacić! On nie daruje jednego czocha[1] cudzoziemcom, bądźcie pewni. Ci, choć i barbarzyńcy, płacą do głupoty szczodrze... Zapłaci wam pewnie!... — pocieszano braci.
— Wypocznijcie w Czen-du i ruszajcie na południe nad morze. Tam zjeżdżają się ludzie z całego świata. Przypływają kupcy na żaglowych dżonkach i na ognistych wodnych smokach cudzoziemców! — radzono im jednocześnie.
Posiliwszy się trochę, bracia raźno udali się na poszukiwanie swego przedsiębiorcy. Znaleźli go przed bramą wskazanej im oberży.
— Czekałem na was! — szepnął tajemniczo. — Gęś umarła.
Bracia cofnęli się wtył.
— Umarła?... Zupełnie umarła? — pytali.
— Widzę, że wątpicie o tem. Jeżeli odważycie się pociągnąć za wąs rozgniewanego tygrysa, to ją wam pokażę...

Bracia namyślali się.

  1. Drobna moneta, grosz.