Przejdź do zawartości

Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/402

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

 — Ruszysz natychmiast do Porto Longone, stawisz się u porucznika marynarki, Taillada...
 — Według rozkazu...
 — Milcz pan i słuchaj! Stawisz się u porucznika i zawieziesz mu rozkaz, aby wstrzymał odjazd barki!... I wrócisz tu, zdać mi sprawę!... — Marsz!
 Porucznik wysunął się pośpiesznie z komnatki.
 Cesarz przeszedł się parę razy jeszcze, zaczem rzucił się na krzesło przy stole, wsparł głowę na ręku i zamyślił się.
 Bertrand trącił zlekka Drouota. Generał spojrzał nieznacznie na zegarek.
 Marszałek dworu poruszył się bezradnie.
 — Północ! — szepnął cicho Drouot.
 Bertrand nachylił się do ucha generała, lecz w tejże samej chwili Napoleon podniósł głowę.
 — Czemu nie siadacie — siadajcie!
 — Mniemaliśmy, sire, że zamierzasz udać się na spoczynek...
 — Zobacz-no Drouot czy pada jeszcze?!
 Generał podszedł do okna.
 — Ustało!... Burza przechodzi — widać gwiazdy!...
 — No, jestem przekonany, że Taillade palnie jakieś głupstwo! Nie zorjentuje się!... A ten... ten elbijski ordynans pewno już poleciał, tymczasem skoro burza ustała, jest zupełnie niepotrzebnym! Pomiesza tylko rozkazy, opóźni...
 — Ale morze, sire, niezawodnie musi być jeszcze!
 — Nic takiego wielkiego! W każdym razie, trzeba kogoś jeszcze do Porto Longone wysłać z poleceniem, aby Taillade zanadto nie opóźnił odjazdu! Mój Bertrand, może masz kogoś pod ręką?
 — Natychmiast — sire!
 Marszałek znów odszedł. Cesarz uspokoił się.

 — Widzisz, generale, czasem niepodobna na tych elbij-