Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/400

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sploty, lecz nie pozwoliły jeszcze cesarzowi nic dostrzec, niczego ogarnąć, dopiero za trzecim razem szeroko rozlana, a mrugająca błyskawica rozświetliła ciemń.
Cesarz drgnął, u stóp wzgórza zbałwanione morze piętrzyło się, warczało, toczyło pianę i rozkołysanymi grzebieniami wody biło raz po raz o brzegi zatoki, a darło się w górę, coraz silniejsze rzucało pociski, coraz śmielsze.
— Drouot! — ozwał się Napoleon.
Generał, choć stał w pobliżu, nie usłyszał zawołania.
— Drouot! — sapristi!
— Jestem na rozkazy, sire!
— Do licha, psi czas! Trzebaby — może!... Wołaj mi ordynansa.
Drouot oddalił się.
Cesarz nowej wyczekiwał błyskawicy, raz jeszcze ogarnął wzrokiem zawały morskie, piętrzące się, a kotłujące u stóp wzgórza aż, wtuliwszy głowę w ramiona, wrócił pośpiesznie do dworku.
Bertrand poszedł za cesarzem, ledwie zgadując myśli pana. Dopiero gdy twarz Napoleona ukazała się w świetle lampy, gdy Bertrand postrzegł pionową bruzdę na czole Bonapartego, gdy nań z pod nasuniętych brwi padła błyskawica rozgorączkowanych oczu, wówczas dopiero doświadczenie pouczyło go, że pod cesarską czaszką wrzeć zaczynała druga burza, może gwałtowniejsza od tamtej, bo zaklęła w mózg, bo ujścia nie mająca.
Bertrand cofnął się w głąb komnatki i tam skupił przytomność, rozumiejąc, że lada słowo niebaczne, lada odruch może ku niemu zwrócić gromy, czyhające już w zaciętych ustach cesarza.
Drouot był mniej szczęśliwym w postrzeżeniu niebezpieczeństwa, bo z właściwą sobie porywczą służbistością wpadł do komnatki i zaraportował energicznie: