Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/391

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Pani Walewska skinęła w milczeniu głową.
— Więc tak, stąd ruszysz do Porto Longone, odwiezie cię Salustjano! Będziesz jednak musiała zboczyć za Campbellem do Portoferraio! Powiedz mu najlepiej, że ze mną zerwałaś, usposobi go to wybornie, a potem byle ci dał rekomendację, poprostu paszport na wolny przejazd!... A potem, do portu, do Taillada i na morze!... Ale, bo ty nie słuchasz!?...
— Słyszę wszystko!
— Jak sądzisz?!
— Uczynię, jak trzeba!...
— Droga Marjo! Nadużywam twojej dobroci! — Pozwól, niech cię ucałuję!
Napoleon zbliżył się do pani Walewskiej, lecz w tej samej chwili dało się słyszeć pukanie do drzwi.
Cesarz bez wahania odwrócił się od szambelanowej i poszedł odsunąć zasuwkę i drzwi otworzyć.
Do pokoju wszedł Bertrand.
— Jesteś nareszcie!
— Nie mogłem — ulewa mnie zaskoczyła!
— Gotowe?!
— Wszystkie papiery, sire, są w tej kopercie — już i Drouot zapakował swoje!...
— Dawaj! Doskonale!... Wszak znasz, panie marszałku, naszego kurjera?!
— Mam honor! — odrzekł Bertrand, składając ukłon szambelanowej.
— A koń, a wózek!?
— Stoi za pałacykiem — gotów do podróży!
Napoleon skinął marszałkowi z ukontentowaniem.
— Słyszysz, droga Marjo?! Marszałek powiada, że już można!... Czekaj, zadzwonię na służbę twoją! Małego czasby zbudzić! Sama chcesz iść, najlepiej! Byle nie marudź!... Ale,