Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/380

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


w pisaniu strzymał! Bertrand powinienby lada chwila przynieść swoje listy! Zciemnia się.
— Chmurzy się! — objaśniał Drouot.
Cesarz zażył tabaki, strzepnął palcami i ku oknu się zbliżył.
— Hm — prawda! Ma się na deszcz! — zauważył obojętnie, zaczem dodał, wracając do przerwanego wątku: — Ale, przyznaj, żeś ty także ani myślał, abyśmy takiego posła mogli zdobyć!
— Istotnie, najjaśniejszy panie, nielada trzeba poświęcenia, żeby się ważyć!
Napoleon wydął zlekka policzki.
— Hm! Poświęcenia! Powiedz nadewszystko, przywiązania!
— Właśnie, toż samo chciałem wyrazić, ale...
— Ale co?!
— Łatwiej może było tu się dostać, niż stąd wyjechać!
— Sądzisz?!
— Bezwątpienia, tak, sire! Anglicy czuwają — tu, na Elbie, nie śmieli ścigać, musieli zaniechać pogoni, lecz w tamtą stronę, jeżeli nie pochwycą na morzu — zaalarmują całe wybrzeże od Livorno po Barcelonę... No, a przytem szyjębym dał, że Mariotti wie już o wszystkiem!...
— Powoli, powoli — obawy za daleko cię unoszą! Cambronne podwoił straże, żywa dusza, od chwili przybycia pani Walewskiej, nie ruszyła z portu!...
— O Portoferraio jestem spokojny!
— W Longone czuwa Taillade!...
— Ach, sire, a jednak tyle razy nas przekonano, że nasza czujność nie dorównywuje przebiegłości szpiegów!
Cesarz zmarszczył się i jął mierzyć pokój wielkiemi krokami.