Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/371

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


barka, uniesiona grzebieniem wody, zaryła się w piaszczyste wybrzeże, skinął na Jerzmanowskiego i podszedł do rzuconej kładki.
Z barki wyszła ciemna postać kobiety, prowadząca za rękę maleńkiego chłopca.
Napoleon drgnął calem ciałem i zaledwie kobieta dotknęła ziemi swą drobną stopą, porwał chłopca w objęcia i przytulił go do piersi.
Naraz bystry wzrok cesarza spoczął na bladej, pociągłej twarzy nieznajomej.
Bonaparte otrząsnął się ze zdumienia i rzucił głucho:
— Ty, ty... tutaj!? Patrz, a mnie się zdawało, że ściskam syna!...
— Najjaśniejszy panie i nie omyliłeś się!...
— Chodź ze mną! — rzucił cierpko cesarz i poszedł wprost do dworku.
Nieznajoma podążyła w milczeniu za Napoleonem, tuląc rozpłakanego chłopca i, nie zważając na prężące się przed nią postacie straży.
Bonaparte wprowadził nieznajomą do małego saloniku, chłopca wywiódł brutalnie do bocznej komnaty i służącej wskazał, zaczem, ze złością drzwi zatrzasnąwszy, ozwał się krótko:
— Pocoś tu przyjechała?!
Nieznajoma, zmrożona pytaniem smutnie pochyliła głowę.
— Najjaśniejszy panie, daruj! Mówiono, że jesteś sam, sam zupełnie, opuszczony przez najbliższych, chciałam ci dowieść, że nie dla potęgi twej, nie dla cesarza szłam za tobą!
Bonaparte złagodniał.
— Nierozwaga! Dzieciństwo! Narażasz siebie i mnie! Cenię w tobie serce, radbym cię mieć przy sobie — ale muszę