Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/258

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wczoraj jeszcze kołysała go do snu myśl, że dość mu będzie przed gotowalnią zasiąść, w ręce doświadczonego Baptysty się oddać, a znów odmłodnieje, niejednemu gołowąsowi pokaże, jak trzeba się prezentować, jak do ukłonu pochylać, jak wstęgi orderowe nosić, jaka to nieboszczyka króla otaczała kawalerskość, a elegancja. Dziś jednak, choć się widział i w nowej peruce starannie utrefionej, choć Baptysta nie żałował ani bielidła, ani różu, choć go zesznurował, opiął, wymuskał, nie to już było, nie toż samo co przed czterema laty, kiedy na cesarskich przyjęciach zdumiewał, a komplementy zbierał. A może to wina tylko Baptysty, może on w swej sztuce się zaniedbał.
Tą myślą wiedziony, pan Anastazy odwrócił się ku słudze swemu, aby nań ostrzej niż przedtem natrzeć, lecz naraz wzrok szambelana na głowie kamerdynera się zatrzymał.
— Patrzaj! — mruknął nagle pan Anastazy ze zdumieniem. — Toś ty już posiwiał!...
Baptysta uśmiechnął się.
— I oddawna!
— No — no! Anim spostrzegł! Ile ty masz lat?
— Pięćdziesiąt, dwa, panie szambelanie!
— Phi! Pięćdziesiąt dwa! Toś młodszy od pana Ksawerego!... Hm!... A ja mam... ja mam...
— Ośmdziesiąt i...
— Ile mam to mam! — przerwał energicznie pan Anastazy. — Postarzałeś się! Ho! — ho! Postarzałeś!
— Wszyscy się starzejemy!
Szambelan pyrchnął gniewnie.
— Wszyscy! Phy! — phy! Nie każdy jednakowo! No — cóż — pewno! Juści i mnie nie ubyło. Ale gdzie... ty, posiwiałeś! Mówię ci, posiwiałeś!
Baptysta nic nie odrzekł. Pan Anastazy zaś sięgnął po tabakierkę, otworzył ją z hałasem i pociągnął tęgi niuch, za-