Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/184

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


oczami i ukazała istotę tragedji, której był świadkiem. Wyrzut sumienia wstrząsnął nim. Tak, drwił z nieszczęścia, posądzał tego człowieka o nikczemność, przed godziną jeszcze, gdy odebrał rozkaz wezwania brata pani Walewskiej myślał, że przyjdzie mu stanąć przed pysznym parwenjuszem, chmyzą porosłym w pióra, a nie czującym wcale błota, które mu te pióra nalepiło. Przed godziną jeszcze całe poczucie obowiązku do pomocy wzywał, aby wypełnić rozkaz, aby zapommnieć, że do brata idzie... tej... aby stłumić ognie, co mu piersi rozsadzały!... Bo wszak od wczoraj cały Ostród mówił tylko o Łączyńskim. Z ust do ust podawano sobie najróżnorodniejsze wieści, opowiadano sobie ze złośliwemi docinkami, jak nowomianowany pułkownik swoim talentom wojskowym przypisuje awans, jak spokojnie, a bezczelnie prosił duca Bassano o doręczenie listu do pani Walewskiej w Warszawie...
Pan de Flahaut ujmował się za Łączyńskim, zapewniając, iż ten robi niezawodne wrażenie, jakby o świecie Bożym nie wiedział, ale któż temu wierzył!? Ornano szczegóły te znał, a w gronie kolegów nie poskąpił ani szyderstw, ani zjadliwych napomknień, bo zdawało mu się, iż ma do nich prawo, iż one mu lżejszym czynią ciężar, tłoczący jego serce, a tymczasem, nie przeczuwał, iż pastwi się może nad większym, bólem, niż własny!...
Łączyński albo znał całą prawdę i łamał się, walczył, aż nie dał honorowi swemu upaść doszczętnie, albo porażony gromem bez namysłu złożył o sobie świadectwo... godne oficera, godne człowieka!
Tak rozumował Ornano, a ze wzrastającą pieczołowitością opatrywał ranę Łączyńskiego, lecz ten znów zdawał się na poły martwym.
Oficera strzelców lęk nagły zdjął o życie pułkownika, choć równocześnie nurtowało w nim przekonanie, je powinien