Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/160

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nie opuścisz, a tu aż sobie faworów jakichś przywędrowałeś szukać?
— Jako żywo, paniczu, z tymi Francuzami ledwie, strzymam!
— Czegóż tu siedzisz?
— No — mam paniusię ostawić samą?
Łączyński porwał się na równe nogi.
— Gdzie jest panienka?
— Gdzieżby, przecież tutaj!
— Tu — tu! Maryśka?! Szambelanowa! Pani Walewska!? — nacierał ze wzrastającym podziwem pułkownik.
— To się wie! Drugiej takiej na świecie niema! O, widzi panicz, naprzeciwko te trzy okienka na piętrze — to nasze!
— Te okna!? Tam przecież cesarz!!
Domagalski wzruszył ramionami.
— Niewielka obrada!
Łączyńskiemu wydało się, że ma przed sobą szaleńca, lecz, spojrzawszy na spokojną, dobrotliwie uśmiechniętą twarz sługi, na jego filuternie zmrużone oczy, zasępił się lekko.
— Nie pleć, stary, głupstw, bo mnie jeno z cierpliwości wyprowadzasz!
— Paniczu złocisty, a czy to ja cygan jestem?
— Odpowiadaj na pytania! — przerwał ostro pułkownik. — Gdzie jest moja siostra?
— A no tutaj — w Ostródzie!
— Kiedy przyjechała!
— Jutro będzie drugi tydzień!
— Gdzie mieszka?
Stary wskazał ku oknu, wychodzącemu na ulicę.
— Bliziuteńko — na pięterku, co widać!
Pułkownik nacisnął kapelusz na głowę.