Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 01.djvu/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Talleyrand, czując na sobie spojrzenia obecnych, głowę pochylił i usta zacisnął.
O dwa kroki przed cesarzem zatrzymał się i wysunął rękę z tacą jakby do podania, lecz Napoleon... nie widział...
Upłynęła długa, męcząca chwila — nareszcie cesarz odwrócił się niedbale ku Talleyrandowi:
— A co to?!... Limonjada?!... Nie trzeba!...
Minister skłonił się głęboko i odszedł z tacą.
Scena ta dała powód do szeptów i uwag.
— Pierwszy minister! Taki dostojnik! — dziwili się panowie.
— Służba — ceremonjał! — objaśniali marszałkowie i generałowie.
— Bardzo mu do twarzy w roli lokaja! — mruczały republikańskie porywy z pod cesarskich mundurów.
— Jaki on musi być „żenowany!“ współczuły — damy.
— Niechby na którego z nas trafiło! — mówiły w kącie sali podgolone czupryny, a sumiaste wąsy.
Pani Walewska była tak zdumiona tą sceną, że aż pochyliła się ku księżnie.
— Nigdy nie myślałam, żeby pan de Périgord!...
— Kto nie zna dworu, tego dziwi! — odrzekła kwaśno księżna.
Szambelan, który był zdołał znów zająć stanowisko wyczekujące za kanapą, uważał za właściwe uśmiechnąć się pobłażliwie.
— Ceremonjał dworski musi zastanawiać nieświadomych!... Phi!... Cóż tu wielkiego!... Nieboszczykowi królowi jegomości nie lada tackę, ale puhary podawałem na przyjęciach!...
— Lecz to minister!...
— Czemże lepszy od szambelana?...
— Mnie to „detonuje!“ — wtrąciła pani Moszyńska.