Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 01.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


poglądał na mnie i powtarzał: „Co, Walesiu, ucieszne?...“ Rozumiesz?...
— Owszem powiadałeś mi już o tem kilka razy!...
Szambelan się uraził.
— Więc powtarzam ci jeszcze raz!... Posyłam po medyka!... Niech ulży — i trzeba się zmóc!...
Szambelanowa potrząsnęła głową.
— Nie — nie!... To byłoby nad siły!... Tak pokazać się nie mogę!...
Pan Anastazy przyłożył szkła do oczu — badał przez chwilę twarzyczkę pani Walewskiej i zawyrokował z przekonaniem:
— Znajduję cię bardzo dobrze!... Wyglądasz wcale interesująco!... Medyk da ci proszków, pokrzepisz się solami i pojedziemy!...
Szambelanowa zrobiła ruch przeczący. — Pan Anastazy żachnął się.
— Nie róbże mi tej kompromitacji!... Będą plotki — przytem niepodobna... Duroc tyle razy zapraszał!... Tu nie idzie o lada zebranie... tam najważniejsze sprawy mogą się dziś rozstrzygać!...
— A cóż ja znaczyć w tem mogę?...
— Otóż i brak wyobrażenia o rzeczy!... Waćpani szerszego pojęcia nie masz!... Żona to... to prawa ręka w dworskim świecie!... Każdy mąż stanu musi mieć żonę, umiejącą być jego sobowtórem... jego sojusznikiem...
Pani Walewska nie zdawała się podzielać zdania szambelana.
Pan Anastazy wpadł w rozdrażnienie. Kazał natychmiast hajdukowi odszukać sławnego, a dopiero przybyłego do Warszawy imć pana Dederkę, którego sława lekarska, zapoczątkowana w Lublinie, była ustaloną w towarzystwie warszawskiem.