Strona:W XX wieku.djvu/060

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Bo to się nie zgadza z obyczajami, obowiązującymi w tym domu. Ani Jej Ekscellencya, ani margrabianka, nie rozmawiają przez telops z ludźmi, których nie znają.
— Ależ ja im wczoraj ocaliłem życie!... Proszę pannie margrabiance powiedzieć, że ten, który jej życie ocalił, przyszedł zasięgnąć wiadomości o jej zdrowiu.
Marszałek spojrzał na niego szeroko rozwartemi oczyma.
— Jakto?... pan moim paniom ocalił życie? — spytał zdziwiony. — Wszak mówiłeś, że w tej chwili przebywasz w Warszawie!... Czyż pan byłeś wczoraj wieczorem w Paryżu? — dorzucił uprzejmie.
Łatwe to do przewidzenia zapytanie wprowadziło w kłopot naszego bohatera. Czuł, że mu się grunt z pod nóg usuwa, i że, jeżeli prawdę powie, będzie się musiał pożegnać z nadzieją widzenia swej bogdanki. Nie chcąc jednakże uciekać się do kłamstwa wobec człowieka, będącego jej sługą, rzekł tonem głębokiego przekonania:
— Byłem!... ale tylko duchem!
— Duchem tylko? — zawołał marszałek. — I to duchem dokonałeś pan tego ocalenia?
— Tak jest, duchem!