Strona:Władysław Tarnowski - Krople czary - cz. I i II.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Woń ta je napełniała, jak wspomnienie bolu
Uprzytomnione sercu, piosenką w ustroni . . .
Na polach tych słonecznych, same lilie białe
Smukłe rosły, unosząc kielichy w niebiosy,
Piękne nad Salomona majestatu chwałę,
Słońce je całowało w ich koronach z rosy . . .
I na to błonie orszak aniołów po chmurach
Świetlany zleciał, w ręku z złotemi sierpami,
Co jak nowie błyszczały [1] przy ich śrebrnych piórach,
Szumiących w chwilach lotu harmonii tonami,
I weszli aniołowie na liliowe błonie,
Jako orszak żniwiarzy dzwoniący sierpami,
Szli śpiewając i wiodąc się za bratnie dłonie,
Każdy na czole wieniec miał lśniący gwiazdami,
Schylając się z sierpami z swą pieśnią wspaniałą.
Poczęli żąć te lilie, lecz żąć na kolanach,
Bo każdy, zanim użął, kląkł przed lilią białą,
I klęcząc, zżął przy ziemi wzrosłą na kurhanach –
A kiedy każden miał już swój snop lilii zżętych,
Utulił go pod ramię i wionął skrzydłami,
I tak jeden za drugim wzlatali w lot świętych,
Jasnemi skrzydły z pieśnią i lilii snopami . . .
Tak płynęli w klucz długą wstęgą po błękicie,
A woń lilii z ich pieśnią w akordy splątana,
Śpiewały zmartwychwstania pieśniami o świcie,
Co grzmiały po niebiesiech: Hozanna! Hozanna! . . .
I niknąc w nieb przestworzach ten szereg aniołów,
Malejąc jako stado spłoszonych sokołów,
Jak klucz żórawi . . . wreszcie niknąc skowronkami.
Aż pogasły błękitów małemi gwiazdkami . . .


∗             ∗

A w tem – strzał mnie przebudził –
ogniska już gasły,
Zrywam się, zdziczałemi obóz zawrzały hasły,
Każden gnał w swoją stronę: ci siodłali konie,
Ci nabijali, tamci rozrywali bronie,
A trąbka alarmowa wśród sosnowych borów,
Wśród nocy rozległa się jak śmiech upiorów,
Wszędzie wrzawa i pośpiech, w głos alarmu goni,

  1. Przypis własny Wikiźródeł  W druku „kłyszczały”, ale to zapewne literówka od błyszczały.