Strona:Władysław Tarnowski - Krople czary - cz. I i II.djvu/160

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I gnała garstka pędem ku drugiéj granicy,
Kędy się brzeg Galicyi kończy!, – ale w dali,
Już Moskale strzałami ostrzeżeni stali,
Otoczywszy w półkole przejęcie od lewicy –
I dali ognia, kiedy wojsku się zdawało
Że przejdzie niepoznane, – i ryknęło działo.
Za niém drugie – trzy szarże, poszły, przed którémi
Cofało się Kozactwo – lecz z nowémi siły
Ścieśniał się płot Moskiewski, działa naprzód biły,
I otoczyli przejście kolumny czarnémi
Co gradem kul na oddział zdał się rozproszony,
Lecz naprzód! wolał – naprzód, krwawo rozjuszony
Na bitwę nie na rzeź was wiódłem, rzekł wódź, dzieci
Na moją głowę krwi téj niebiorę – wśród klęski!
Dość jednego Miechowa wśród krwawych stuleci
Jesteśmy otoczeni – dość już krwi męczeńskiéj,
Niech mnie sądzą – niedługo zejdziem się na nowo!
I po chwili już oddział od przeciwnéj strony
W lesie, od Austryaków, jak zwierz otoczony
Był w niewoli – z znużenia opuszczoną głową [1] . . .

  1. Gorzko jest wspomnieć niesłuszność hałaśliwych krzyków, miotanych przeciw dowódzcy VII oddziału, a niespodz[i]anie, wodzowi wyprawy zwanej wołyńsko-lubelską, pułkownikowi K***, zato, że oddział jego spotkał los wszystkich innych partyzanckich oddziałów, za jego niczém nieskażone postępowanie, – za to, że otoczony przez przeciw wszelkim oczekiwaniom na granicy przez siłę Moskiewską, wołał oddział o parę dni pierwej rozpuścić niż bez szansy przerznąwszy się, cofać, i stać się celem takich krzyków, jak wyprawa Miechowska: Niektórzy krzyknęli, że powinien był raczej wojsko na jatki wydać a przedrzeć się przez Lubelską granice otoczoną, niż po pierwszém starciu rozpuścić na nowo oddział – poszedł, przerżnął się z małą garstką – a jedynym tego owocem była śmierć kilku bohaterów i niewola tych, co pozostali na placu walki. W pierwszéj wyprawie K* miał tylko jednym oddziałem dowodzić, pod ogólnem dowództwem Kruka, po gorzkiéj, a wiecznie u nas w najuroczystszych chwilach poskładali dowództwa tuż nad granicą, w obec tém już zgorszeniem sparaliżowanego żołnierza, (kiedy oddział Aladara marnie się rozproszył), dowództwo trudne wszystkich razem oddziałów spadło na głowę młodego dowódzcy, który w tém wszystkiém jeden takt zachował, i nie uchylił się od ciężkiego losu, kiedy go