Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/439

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zaraz pierwszego dnia odraportował nowiny, krążące o Mereczu.
Wtedy Zaręba przyznał się do swojego udziału, opowiadając wszystkie okoliczności. Nie w smak to poszło Działyńskiemu, Kosiński aż poczerwieniał z uciechy, a Jasiński, nie zupełnie obcy tej awanturze, że miał żywą imaginacyę, zawołał z uniesieniem:
— Waśćby gotów wykraść całą armię Sieversowi!
— Gdybym dostał rozkaz — odparł nie bez przechwałki. — Muszę oddać sprawiedliwość Kaczanowskiemu, jego to głównie zasługa.
— Tenby dyabła wyprowadził w pole. Byle jeno nie wpadli na jego tropy...
— Podziwiam, admiruję kawalerską fantazyę, ale nie pochwalam! — krzywił się szef.
Nie było czasu na dłuższe deliberacye w tej materyi.
Ale na drugi dzień po południu wpadł Działyński wielce zgorączkowany.
— Wiecie? Oficyerów konwojowych zdegradowano, a gemeinów puszczają przez rózgi. Mówią już o Kaczanowskim. Rautenfeld wściekły już latał w tej sprawie do Sieversa. Hetman Kossakowski posłał szwadron w pomoc Blumowi, a na swoją rękę całą sforę szpiegunów rozpuścił. Gotów wyłowić tych biedaków, a przez nich i dobrać się do twojej skóry, poruczniku. — Zatroskał się o niego.
— Tanio mnie nie wezmą — odparł niemile dotknięty przypuszczeniem.