Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/413

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Na wozach podniosła się niemała radość, pokazywały się rozjaśnione twarze, wyciągały ręce, rozlegały mlaskania języków na czujny zapach kiełbas i gorzałki. Zwłaszcza, że nikt za to ręki po zapłatę nie wyciągał. Przypinali się też do jadła, niby wygłodniałe wilki.
Zaręba, penetrując wóz po wozie, odszukał wreszcie Kacpra. Leżał skrępowany postronkami, jak baran, ale na znajomy głos uniósł się nieco i jakoby zamarł w zdumieniu, nie dowierzając własnym oczom.
— Ani mrumru! Podjedz trochę — zaszeptał, karmiąc go niby dziecko i pojąc.
Chłopak przełykał z trudem, polewając kiełbasę radosnemi łzami wzruszenia.
— Czekaj krzyku sowy... Straże wiązać... zbierać się przy rzece — szeptał i korzystając, że żołnierz był odwrócony plecami, rozciął Kacprowi sznury na rękach i, wtykając mu krucicę i puginał, zdążył jeszcze powiedzieć: »Nie zdradź się!« Rzucił ogromne pęto kiełbasy na wóz i spiesznie uskoczył w tył, gdyż żołnierz powracał i przy wozach ukazał się jakiś oficyer. Stanął potem w kupie Żydów i pospólstwa pod oknami austeryi, gdzie się już rozpoczynała hulanka, grały bałabajki, pito, wrzeszczano i śpiewano.
— Teraz wierzę w pomyślny skutek — szepnął Hłasko, przysuwając się do niego.
— Żołnierzom wątpić nie wolno — odszeptał, pilnie zazierając w okna, poza któremi migała postać Kaczanowskiego. Zdał się być sfrasowanym i jakby niespokojnym, tak kręcił się po izbie i ukradkiem rzucał oczyma w szyby, ale wyszedłszy na dwór dla uczynienia