Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/409

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


waniem, uniósł się nieco z siedzenia i ryknął potężnym basem umówioną piosenkę:
»Przyszła dziewka do klasztora, do klasztora, do klasztora.
»Podajcież mi tu przeora, tu przeora, tu przeora!
»Chcę się spowiadać«.
Długo jeszcze rozlegał się jego głos przepity, huczały wrzaski, brząkania bałabajek i długo krwawiły się w mrokach odblaski pochodni. Dopiero kiedy wszystko przepadło w oddaleniu, Zaręba porwał się na nogi.
— Konwojowych dragonów trzydziestu i dziesięciu kozaków — meldował Serafin.
— Nie dojrzał ojciec Kacpra?
— Ba, nie sposób było rozpoznać kogo na wozach: leżeli pokotem, jak pobici.
Zaręba zakwilił, jak czajka, i po chwili zaszemrały ostrożne stąpania.
— Konie wziąć krótko i gąsiorem za mną, marsz! — rozkazał, drogę pierwszy przeszedł, i zmacawszy jakąś ścieżynę, wiodącą w stronę Merecza, ruszył prędko. Maszerowali w milczeniu i takiej cichości, że nie zabrzękła podkowa, koń nie zaparskał, ni się kto potknął o korzenie; sunęli niby trwożne cienie, unikając polanek i miejsc otwartych, bowiem jeszcze niekiedy górne powiewy przynosiły pogłosy śpiewań i muzyki. Dosięgli jakiejś drogi, biegnącej krajem borów i skoczywszy na siodła, pognali co tchu, aż koniom zagrały wątroby, nie dbając, że gałęzie siekły ich po twarzach. Pędzili tak z dobrą godzinę, mijając jakieś pola piaszczyste, wsie ledwie w mrokach dojrzane, wyłysiałe wzgórza, grzązkie