Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/407

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


pod miastem czeka na nas. Maciuś! — podniósł nieco głos — właź na drzewo i popatrz w stronę Grodna. Nie pora na bitwę — zwrócił się szeptem do mnicha — wygnietliby nas co do jednego. A przytem nasza wyprawa ma wziąć obrót, jakby zwerbowani podnieśli bunt, pobili straże i uciekli. W tem właśnie będzie dowcip Kaczanowskiego, żeby nam chwilę napadu przysposobił..
— Więc to dlatego Mirowscy przybrali się na wyprawę, niby ultaje...
— Melduję pokornie: widać już ognie pochodniów — szepnął Maciuś.
— Dobrze. Koniom założyć na kopyta wiechcie, nozdrza obwinąć, wedety ściągnąć od rzeki, cofnąć się na pół strzelania i czekać znaku.
Cień Maciusia przepadł bez szelestu, zaś Zaręba przyłożył się do ziemi nasłuchiwać — już wyraźnie roznosiły się skrzypienia wozów i stąpania koni.
— Wolałbym bitwę, niźli takie wyczekiwanie — mruknął ojciec Serafin.
— Przypominam: jeno dla salwowania życia wolno zabijać.
— Jak rozkaz, to rozkaz! — odburknął i wziął się do odmawiania różańca.
Cisza pokryła szepty, bór stał nad nimi zatopiony w nocy, głuchy i jakby zdrętwiały we śnie; żywiczne zapachy przejmowały lubością, niekiedy nikłym szelestem spływało sosnowe igliwie, to jakaś niedojrzana gałąź musnęła pieszczotliwie po twarzach. Siedzieli skuleni pod krzami karłowatej brzeziny, szeroka droga szarzała przed nimi, niby pas zgrzebnego płótna, po-