Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/405

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zaś dla waszmości gotowa się ważyć na wszystkie azardy...
— A przewóz na Niemnie? — zagadnął, nierad poruszania tamtych materyi.
— Gotowy. Trojakowski mądrala, prowadzi szkuty ze zbożem i wołami do Prus i właśnie wypadła mu potrzeba zatrzymania się pod Mereczem. Zajdzie okoliczność, to w mig przewiezie wszystkich na drugą stronę, a potem już głowa Kaczanowskiego, żeby się wywinął, jeśliby pogoń ruszyła za nim.
— Krzyk od Niemna, tam nasze widety! — zerwał się, nasłuchując trwożnie.
— Wołania flisów — upewniał ojciec Serafin — nocują gdzieś pod brzegiem. Od paru dni Niemen aż się roi od statków. Pono kilku panów dostało od Buchholtza permisyę wolnego spławu zboża i wołów do Prus, więc się śpieszą i wielkie handle prowadzą.
— Kupił ich powolność przy głosowaniu nad traktatem. Gdzie ojciec widział dzisiaj Kaczanowskiego?
— Na kwaterze Iwana Iwanowicza, którego, jak powiadają, obuł w swoje buty i wyprawia z nim, co mu się żywnie podoba. Prawdziwi to już bracia czopowi. Zajrzałem tam niby po kweście. Pili właśnie z przyjacioły. Kapitan, udając, jako widzi mnie po raz pierwszy, wyprawiał różne krotochwile i paskudnie mi przymawiał, ale na odchodnem rzucił mi dukata.
— Zawsze skory do szastania swojem i cudzem.
— Kiesa mu spęczniała, boć zdeklarował się przejść w służbę Imperatorowej, Cycyanow obiecał mu pułkownikowską szarżę i sute wypłacił zulagi. Niemało też