Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/363

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wygranej, posłano Boscampa i Nowakowskiego, aby tym, którzy się chwiali, lub ulegli nagłym skrupułom sumienia, lub chcieli się drożej sprzedać — przemówili, gdzie brzękiem złota, gdzie obietnicą królewskich faworów, gdzie pogrożą ambasadorskich gniewów, albo i politycznemu racyami. Na opozycyę, zwłaszcza do znaczniejszych person, wypuszczono kasztelana, który w miarę okoliczności przyodziewał się w senatorską powagę, to w rubaszność brata łaty, to w rozum męża in statu i głębokie maximy, próbując tem kusić a przyniewalać. Sporo zelantów deklarowało się przejść do większości, nie widząc możności dalszego oporu, więc, uradowany powodzeniem, zajechał i do Skarzyńskiego-Łomżyńskiego. Krzywousty przyjął go chłodno, cierpliwie wysłuchując kwiecistej oracyi o błogościach, jakie spłyną na kraj z ratyfikacyi traktatu z Rosyą, lecz w końcu, znużony brzękliwością jego głosu, wyrzekł godnie:
— Co powinienem ojczyźnie, wiem i będę głosował zgodnie ze sumieniem.
Wtedy kasztelan wynosząc jego rozum i patryotyzm, jął napomykać o jakiejś wakującej kasztelanii którąby król rad ferował tak zasłużonemu obywatelowi.
— Każdy stołek znaczy mi tyleż, co i senatorskie krzesło — zakończył rozmowę.
Rozeszli się prawie wrogo, niezrażony jednak kasztelan pojechał próbować szczęścia jeszcze u Krasnodębskiego. Lecz i ten nie okazał się powolniejszym, bo, wysłuchawszy jego uwodzących racyi, podprowadził go do okna i, wskazując grenadyera, wartującego pod domem, wyrżnął prosto z mostu: