Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/24

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ale gdy zabawa stawała się zbyt szumna i zbyt siarczyście strzelały grzmoty śmiechów, pojawiał się tu i owdzie zgarbiony zarys imć Borowskiego i nastrój jakoś dziwnie posępniał; ściszano natychmiast rozmowy, twarze chmurniały, opadały bezsilnie wachlarze i ukradkowe, trwożne oczy leciały ku namiotowi.
— Zabawiają się, jakby odprawowali stypę — ktoś cicho zauważył.
— Gdzie za wielu celebransów, tam nudne nabożeństwo.
— Niech się nudzą, ale czemu to my mamy śpiewać gorzkie żale?
— Mówił Borowski, jako ambasador wielce dzisiaj niedomaga...
— I koń-by ustał, żeby go tak przez cały dzień fetowali.
— Tylko pani Ożarowska nie strudzona...
— Wypościła się po Stackelbergu, to musi zabiegać o następcę! — wyrwał się jakiś zuchwały głos.
Odpowiedział mu ogólny śmiech i rozmowy w tej materyi potoczyły się tak zjadliwe i naszpikowane towarzyskiem, złośliwem delatorstwem, aż Zaręba smutnie zauważył:
— W Polsce lepiej być z ludźmi w wojnie, niźli w przyjaźni.
— Utrafiłeś rzetelnie! — potwierdził Woyna. — Nie mógł się u nas zrodzić Kastor, bo Poluks sprzedałby przyjaciela za ladajaki koncept. Ale tak lubo dworować z bliźnich! — zaśmiał się cynicznie. — Spojrzyj-no, jak nam tam ten godnie panuje! — dodał, wskazując