Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/87

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Stumera i Wilanta podnieciło jeszcze jego zapalczywość. Były to persony w mieście rej wiodące i socyusze stanowiący jądro krakowskich, Jakobinów. Rzucił się do nich o poparcie swoich dowodzeń.
— Oto cnotliwi obywatele! Prawda czy nieprawda? Najlepiej wiedzą, co się dzieje. Mówcież aspanowie. Cóż słychać?
— Bardzo źle — odpowiedział Wilant, najstarszy, chudy jegomość, napychając krogulczy nos tabaką. — Bardzo źle! — powtórzył złowrogo zabierając się do kichania. — Naród się burzy i niepokoi. Bezczynność i pobłażliwość władz nie budzi otuchy w pomyślne skutki powstania. Złe wiadomości lecą ze wszystkich stron...
Exemplum: Kozacy byli wczoraj pod Szycami — przerwał mu Wolf.
— Wiem gorsze — jął prawić Kuczerowicz, ogromny, łysy, z kwitnącym nosem i twarzą osypaną pryszczami; srodze wysadzony brzuch oparł na rancie stoła i, odsapnąwszy, gadał, pryskając śliną dokoła:
— Znajomy ksiądz uciekł z pod Pińczowa! Wiecież, dlaczego? Oto przed wielkiemi siłami Moskali, ciągnących na Kraków!
— W mieście już powiadają, jako brygada Madalińskiego rozbita ze szczętem. Z pewnych ust wiem! Plotekbym nie powtarzał — wyrzekł nieśmiało Sztumer.
— A ja wam powiem najgorsze! — zabrał głos Bernier, francuz, ale czujący po polsku i gorący patryota. — W mieście zmawiają się, aby skoro tylko wojska wyruszą w pole, oddać się pod cesarską protekcyę!