Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/57

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kiem udręczeniem, że łzy wytryskiwały ze samego dna wzburzenia i denerwacyi.
Gwardyan, opanowawszy nieco rychlej roztkliwienie, podał im patynę do ucałowania i pobłogosławiwszy każdego z osobna, dokończył mszy.
Wyszli z kościoła, dziwnie skrzepieni na siłach i zdeterminowani.
Dzień się był zapowiadał pogodny, mgły zwolna opadały, odsłaniając spiętrzone wieże i dachy Krakowa, było już po siódmej, miasto wylęgało na ulice. W głównym rynku rozgłaszały się łoskoty bębnów, kroki tysięcy i niemałe gwary. Ratuszowy dzwon nieustającem dzwonieniem zwoływał obywatelów.
— Mamy jeszcze sporo czasu — zauważył Kościuszko i pozostawiwszy towarzyszów w bramie pałacu Wodzickich, oddalił się z Fiszerem na swoją kwaterę.
Tymczasem w sali pałacu na pierwszem piętrze, widnej, ogromnej i za dnia jeszcze wspanialej się pokazującej, zbierali się ci wszyscy, którzy mieli asystować przy ogłoszeniu aktu powstania. Pierwsze miejsce, jako gospodarz i wiekiem najstarszy, brat generał Wodzicki. Potem szli: Kapostas, ks. Dmochowski, kasztelan Dębowski, hr. Moszyński ze Zbylitowskiej Woli, szambelan Linowski, T. Czacki, G. Taszycki, dwaj Ślascy: Andrzej i Jan, obaj wielcy patryoci, formujący oddziały kosynierów z niemałym uszczerbkiem własnych fortun, oraz paru oficyerów. Liberya roznosiła kawę i jej rzeźwiący zapach przepełniał komnatę. Tak jednak byli rozanimowani, iż mało kto wyciągał rękę po filiżankę.