Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/395

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


w jego sercu. Maszerowali spokojnie i w poczuciu własnej potęgi, przy warkocie bębnów, rzegocie brzękadeł, krzykach i śpiewach, wybuchających radosną falą głosów.
Ściszone odległością grzmoty armat z arsenału biły raz po raz, jakby do wtóru.
Mycielski przyleciał na naradę; trwała sekundy, zdeterminowali bowiem jedno:
Bronić przejścia do ostatniego tchu.
Wroński, wytoczywszy armaty na ulicę, wyrychtował je w następujące szeregi. Otworzono jaszcze i kanonierzy stanęli z zapalonymi lontami na swoich miejscach. Konopka obsadził okna pałacowego pawilonu, kilkadziesiąt strzelb groziło z flanku. Mycielski z piechotą, przytajony pod Saską Kuźnią, czekał stanowczej pory.
Wszyscy jakby skamienieli na stanowiskach.
Bitwa w tych okolicznościach przybierała postać bohatyrskiego szaleństwa.
Trzecia wybiła z południa, gdy jakiś szwadron, wysforowawszy się naprzód, galopem ruszył na wywiady. Flankowy ogień z pawilonu, przywitał go tak skutecznie, że straciwszy kilkunastu ludzi, zawrócił w największym popłochu.
Wroński gruchnął w ślad za nim z obu armat, a nim rozwiały się dymy, strzelił po raz drugi.
Kolumna osadziła się w miejscu, on zaś wraz z działam i cofnął się w bramę, właśnie na porę, kiedy zagrały ciężkie baterye i jęły trzaskać salwy za salwami.