Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/377

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rzucił się od razu na bagnety, pozostawiając za sobą stosy trupów. Od szkoły rycerskiej pokazał się Sowiński z plutonami kadetów i wspierany załogą pałacu Mokronowskich i zbrojnym ludem, czynił niemałą dywersyę. Szedł mu z pomocą kapitan Zabilski, potężnie szarpiąc moskiewską flankę.
Bitwa w bardzo krótkim czasie jęła przybierać inny zgoła obrót
Osadzone w miejscu moskiewskie bataliony napadem z flanków, bite ze wszystkich stron i ogarnięte popłochem, zaczynały się mieszać, łamać i zwolna cofać.
Skończyła się regularna bitwa i rozpoczęła rzeź.
Zamilkły armaty. Bito się już na białą broń. Żołnierz potykał się z żołnierzem. Pierś uderzała o pierś. Wreszcie i karabinowe strzały przycichły, nie było czasu na nabijanie. Bagnet i kolba pracowały coraz zażarciej wśród tłoków i wrzasków. Już szable siekły migotem błyskawic i rozlegał się głuchy odgłos kolb i szamotań.
Na Krakowskiem, jakoby w kotlinie ocembrowanej murami pałaców, w jarzących promieniach słońca i pod wiośnianem niebem z niepokalanego błękitu, srożyła się przerażająca zawierucha i w kurzawach, dymach i potokach krwi przewalała się od brzega do brzega z porykiwaniem orkanów. Dzika rozpacz wzięła się za bary z szaleństwem.
Połamane moskiewskie szeregi, napastowane z furyą, gniecione ze wszystkich stron i spychane do środka, skłębiły się w olbrzymie wiry, szamotające się z dzikiem wyciem w żelaznych pazurach insurgentów. Raz po raz jakieś roty, zwarte w mury czworoboków, najeżone ka-