Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/373

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


z kamienic dachówki. Psy też wyły w całem mieście od samego świtania i z domów, z poza okiennic i bram dobywały się ciężkie szlochy i rozpaczliwe jęki.
W kościołach klasztornych wystawiono Przenajświętszy Sakrament, przed którym mnisi śpiewali suplikacye, zaś w zakrystyach, kruchtach i nawach opatrywano rannych.
Właśnie już było się słońce wyniesło nad Pragę, kiedy gdzieś od Nowego Świata zaryczały ciężkie działa i do Strzałkowskiego w Krakowskiej Bramie przypadł stary Żyd.
— Rozkaz generała Cichockiego dla komendanta Konopki! — bełkotał zadyszany.
Zjawił się Konopka i odebrał karteluszek, w którym Cichocki rozkazywał mu, aby łącznie z Kilińskim uderzyli na tyły wojsk moskiewskich, walczących z regimentem Działyńskiego.
— Powiedz generałowi: Kiliński bije się na Freta, ja zaś natychmiast wyruszam — zdeterminował i zagwizdawszy w szczególniejszy sposób na swoją bandę, poprowadził ją Krakowskiem Przedmieściem. Pociągnęli, niby wilki na łowy, wyciągniętym szeregiem przemykając się pod domami, z karabinami w garściach Był to wybór najgorszego ultajstwa; obdarci, nieledwie bosi, ale z minami zuchwałych obwiesiów, doskonale uzbrojeni, w jednostajnych czarnych kapeluszach z czerwonemi piórami, w bandoletach przez piersi z napisami: »Śmierć tyranom« dawali obraz prawych sankulotów. Trzymał ich żelazną ręką i mógł przemienić w bohatyrów wolności; tak ślepo byli mu posłuszni. Konopka,