Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/353

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


spał w pierwszej izbie, rozciągnięty na kanapie; nie przeszkadzały mu łomoty drukarskiej prasy, ni gwar kilku kobiet, składających odbite właśnie karty jakiejś odezwy do koszów i zawiniątek.
W drugiej stancyi pod oknem ks. Meier siedział nad jakimś rękopisem.
— Jest Konopka? Szukam go już od południa.
— Konopka na czułych pożegnaniach u swojej bogdanki — odpowiedziała Andzia, podnosząc głowę z księżego posłania — wiem, że tam wszedł jeszcze o zmierzchu.
— I ty z nami! Czekasz na sygnał? Że się to nie boisz? — dziwił się, podchodząc do niej.
— A cóż to szlachetna osoba myśli, że ja nie człowiek, jak i drudzy? — wywarła gębę — zobaczy mnie osoba przy robocie, będę na żywo rozrywała, choćby pazurami.
— Powiedziałem bez złej myśli. Żal mi Andzi. Kule nie szczędzą nawet pięknych dziewczyn.
— Dałabym na sto mszów, żeby mnie pierwsza kula nie minęła — zaszlochała.
— Co ci się stało? Andziu, może potrzebujesz pomocy? — usiadł przy niej na łóżku.
— Jestem, jak ten pies, co się wyrwał hyclom! Porucznik nie wie, ale gdyby nie Piotrowski, tobym już z ogoloną głową siedziała w Prochowni. Znajdę, kto mnie wydał marszałkowskiej psiarni. Przycupili mnie w domu; narobiłam piekła, posłyszeli somsiedzi, ktoś doniósł Piotrowskiemu, zebrał naprędce swoich i już na Mostowej, z pod samej Prochowni mnie odbił. Nie mieli