Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/336

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wyrwał się nareszcie z oszołomienia i spojrzał rzeczywistości w oczy.
— Iza! — próbował ją zbudzić ostrożnie — nie pozwalajmy się unosić wzburzonym imaginacyom! O czem roimy, niemożebne! Iza, ja muszę odejść, woła mnie powinność!
— Cóż to mnie obchodzi? Kocham cię! Tyś moja ojczyzna! Miłość jest naszą powinnością. Odzyskałam cię i nie puszczę! O wszystek świat nie stoję!
— Powróćmy do rozsądku! Rozważ naszą sytuacyę! Nie pora nam marzyć o szczęściu.
— Nie kochasz mnie! — jęknęła w rozpaczy — nigdy mnie nie kochałeś!
Uklęknął przed nią i w słowach czułych, prostych a przejętych stłumionym żarem, przedstawiał nieziszczalność jej marzeń. Oszczędzał przypomnień jej zmienności, nie czynił żadnych wyrzutów. Pragnął jej spokoju i na rozsądną drogę naprowadzał. Przerywała mu pocałunkami, czasem w jej łzach tonęły jego słowa, niekiedy rozdzierające łkania głuszyły. W końcu jednak rozum wziął górę nad egzageracyą.
— Więc cóż ja teraz pocznę? — zawołała, odrywając się od jego piersi.
Nie ważył się na odpowiedź. Musiał ją zostawić własnemu losowi.
— Cóż się ze mną stanie? — stanęła bezradna, posągowi zrozpaczonej podobna — rozumiem wszystko! Szalona byłam! Szczęście było przy mnie i pierzchnęło, jak ptak. I każde z nas pójdzie w swoją stronę. Ciebie woła ojczyzna, czekają cię wielkie zadania i górne czyny