Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/317

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zwykłem miejscu, rozdawał spiskowcom rozkazy, czasem naboje, a niektórym nawet puginały.
Szło wszystko sprawnie i cicho. Zgromadzano się bez zwracania uwagi i rozpraszano się na znak starszyzny, ostrożnie się przebierając na wyznaczone miejsca. Ani kto mógł imaginować, co się taiło w tych tłumach, mrowiących się po ulicach jakby bez potrzeby i celu. I ktoby tam zwracał na pospólstwo uwagę! Jakże? Toć była prawie sama młódź cechowa, kupczykowie, lokajstwo, ludzie bez wyraźnej kondycyi, zbiegli poddani, liberya bez miejsca i zdezarmowani żołnierze.
I nikt juści nie wiedział, jako czuwali nad nimi oficyerowie, kierujący każdem ich poruszeniem. I nikt też się nie zastanowił, dlaczego natychmiast po zamknięciu sklepów ulice bardzo rychło opustoszały.
Uczyniło się pusto, cicho i ciemno, zaczął padać rzęsisty deszcz.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·