Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/60

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jakieś ręce straszliwe wysuwały się z tej trumny i ciągnęły go za włosy.
A gdy śpiew księży rozbrzmiał boleśniej, sypiąc się na serca popielnym kurzem dźwięków, Jędruś przytomniał na chwilę, rozglądał się zdumionym wzrokiem, usiłując powiązać pajęcze włókna świadomości:
— Co to za ludzie?...
Ale śpiew przycichł, ludzka ciżba poniosła go ze sobą, a trumna znowu przykuła do siebie, że znowu się pogrążał w męczący sen na jawie.
Dzień był szaro-zielonawy, suchy, wiatr prześwistywał, niebo wisiało nizkie i wypełzłe, jak oczy wyżarte płaczem; posępne domy błyskały zamglonemi oknami, wieże kościołów rwały się w górę niby błagalny i skamieniały krzyk przykutych na wieki do ziemi, drzewa gięły się w jedną stronę, jakby coś szepcąc do siebie nagiemi gałęziami, a bokiem orszaku przelatywały dorożki, ciągnęły ładowne wozy, dzwoniły tramwaje, tłumy snuły się chodnikami, a dokoła wrzało życie bujne i pełne, jak pieniąca się czara; potężne a zwykłe życie dnia, tak już obce i tak już strasznie dalekie dla tego pyłu człowieczego, dla tej grudki ziemi, która stoczyła się z pola żywota i spadała martwa w przeciwną stronę — w śmierć.
I dla Jędrusiowej duszy, która z krwawym trudem unosiła się ze zgrzęz życia i rozpinana na krzyżu męki, już przeczuwała jakąś jeszcze niejasną a straszliwą prawdę...