Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/213

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


KAMURASAKI.
ŻAŁOSNA HISTORYA
O PĘKNIĘTEM SERCU JAPOŃSKIEM.




Straszna to była noc — paryska, grudniowa noc...
Deszcz padał, padał, padał — — —
Bulwary były puste, oślizgłe i poczerniałe od wody, a nieskończone szeregi nagich drzew, trzęsły się z zimna i jęczały cicho a boleśnie — bo deszcz je przeinaczał do korzeni, bo mroźny wiatr je przewiewał nawskroś, bo oślepiały te, jakby w powietrzu zawieszone światła elektryczne — a zabijała tęsknota za dniem...
A ta rozmiękła, zimna noc wlekła się tak wolno, tak wolno...
A ten utęskniony dzień był tak rozpaczliwie daleko.
O biedne drzewa marznące!
O biedne psy bezdomne, które przemykały cicho pod zimnemi ścianami, czołgały się na rogach ulic oświetlonych, przystawały, rozglądały się krwawem, przemęczonem spojrzeniem — i głodne, oszalałe trwogą biegły dalej, szukały bez końca...