Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/180

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Rozpatrując się po różnych kątach, spostrzegam pod krzewami bzów tego suchotnika; siedzi poowijany, a matka stoi pod krzakami na płocie, rwie bez i rzuca mu okwiecone gałęzie na kolana co chwila się pytając:
— Antoś, dosyć będzie?
— Jeszcze trochę mamo! — i przykłada kwiaty z lubością do twarzy.
Zachwyt ma taki w oczach, że się cofam na palcach, aby mu nie przerwać.
Dziwna dusza!... długo się nie mogę pozbyć z mózgu widma tej wynędzniałej twarzy, opromienionej szczęściem.
Fale szemrzą mi u stóp tak cicho, takiemi seledynowemi koliskami się rozlewają, tak te bzy szeroko wydychają wonią, a ten lekki szum, jakim szemrzą wody i lasy, ma taki dziwny czar, że siedzę nad brzegiem długo i usypiam, kołysany ciszą i płynę gdzieś z temi wodami w ciepłe słońca i spokoju...
Obudzili mnie bracia dopiero, zdążyłem ledwie narwać bzu i znowu ciągnęliśmy dalej. Droga ma tylko nazwę, bo nic z właściwości szosy nie posiada, nawet słupów wiorstowych, szlaka pod kołami wozów tak skrzypi piekielnie, że uciekam daleko naprzód, aby nie słyszeć.
Mamy z pięć wiorst lasem, pod sam Falków.
W Falkowie jest przepyszna droga, wysadzona modrzewiami, i kościół bardzo stary i bardzo prosty, zwykły czworobok bez najmniejszych ozdób architektonicznych.