Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/173

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ciężka bardzo droga i pragnienie zaczyna palić, a wody nigdzie ani kropli.
Potykamy się co chwila, bo kamyczków ostrych jak krzemienie — miryady. Woale co chwila dyskretnie wytrząsają piasek z pantofli, i widzę, że niezmiernie cierpią z powodu tych kamieni i pragnienia.
Zostaliśmy znowu na ostatku, nawet za wozami, bo sił już było coraz mniej.
Przechodząc poprzecznie wieś jakąś, szukam mleka — niema, wody wreszcie — niema. Kompania przed nami wszystko wypiła, a studnia, jedyna na całą wieś, jest gdzieś w polu. Ha! trudno, dojdziemy przecież kiedyś do wody, ale czuję z pewną trwogą, że każdy ruch zaczyna mi sprawiać ból coraz przykrzejszy, a w dodatku okolica tak brzydka, że rozpacz.
Idziemy wreszcie jakiemś płaskowzgórzem, gdzie i drogi twardsze, i zboża ładniejsze, i krajobraz więcej urozmaicony. Pytamy się ładnych i bardzo czysto ubranych dzieci, które poklękały przy drodze i złożonemi jak do modlitwy rękoma i spojrzeniem żebrzą.
— Jak daleko do Konic?
— O hań! — mówią, wskazując las czerniejący w odległości jakich wiorst pięciu.
Spojrzeliśmy tylko na siebie rozpaczliwie i idziemy, słodząc tę gorycz i zmęczenie potężne cukierkami, które jedna z „sióstr“ miała przy sobie, i małą sprzeczką, bo „Sprzeczność“ koniecznie mi chciała dowieść, że koniczyna, której ogromny kawał zielenił